UBERAMBICJA CZYLI OGRANICZENIE

 

        Dobrze jest być ambitnym – nawet wtedy, gdy nasza ambicja przejawia się wyłącznie w ściśle wyselekcjonowanych dziedzinach życia. Nikt nie musi być alfą i omegą, za to każdy (albo prawie każdy) ma choć jedną rzecz, którą lubi bardziej i potrafi robić lepiej niż pozostałe. Kiedy już odkryje się, co to takiego, można się na tym skupić i dążyć do dobrze pojętej perfekcji. Śpiew, taniec, rysunek, budowanie z klocków Lego, składanie origami, szydełkowanie, modelarstwo czy kaskaderski wypas owiec – warto być możliwie jak najlepszym w tym, co  daje nam radość i satysfakcję. Znam kilka osób, które poświęciły się swojej pasji, zamieniając ją w pracę. Dzięki temu nie muszą teraz jojczyć, że rano znów do roboty. Podziwiam takich ludzi, bo wiem, ile trudu i starań kosztowało ich dotarcie do miejsca, w którym są  i że nie zawsze mieli „z górki”. Za to dzisiaj cieszą się spełnieniem zawodowym. Kluczami do osiągnięcia podobnych celów bez wątpienia są pasja, ambicja i konsekwencja. Banał, ale czy nie jest to fajne? Jest.

        Sytuacja wygląda trochę inaczej, kiedy ambicja staje się czymś paraliżującym. Gdy człowiek tak bardzo chce się wykazać w wybranych dziedzinach, że przestaje być obiektywny, efektywny… Robiąc coś, co lubi, popada w przesadę i destrukcyjny „perfekcjonizm”, który odbiera mu radość z tej czynności. Piszę o tym, bo jeszcze jakiś czas temu byłem jedną z takich osób. Sęk w tym, że dopiero niedawno to zrozumiałem. Przykład? Proszę bardzo! Lubię gotować – więc gotowałem, ale byłem wobec siebie bardzo wymagający. Nawet jeśli moim bliskim smakowało, ja dziwiłem się, jak to możliwe, bo przecież nie smakuje tak, jak powinno. A POWINNO smakować DOKŁADNIE TAK, jak sobie AMBITNIE WYMYŚLIŁEM. Podobnie było z pisaniem tekstów. Choć mój pracodawca nigdy nie powiedział, że ma do nich jakiekolwiek zastrzeżenia, ja MUSIAŁEM POPRAWIAĆ większość z nich (z wyjątkiem wywiadów), bo ambitnie WKRĘCIŁEM SOBIE DO GŁOWY,  że mogą, a nawet MUSZĄ być jeszcze lepsze. Spędzałem czas na pisaniu tekstu, a potem drugie tyle na jego „ulepszaniu”, choć wiele osób mówiło, że nie ma takiej potrzeby.

        Takie podejście przekładało się na wiele innych sytuacji w codzienności. Sprawiało, że stałem się nerwowy i kłótliwy. Odbijało się to na relacji z najbliższymi mi osobami. Nie umiałem wyluzować. Rzeczy, które wcześniej sprawiały mi radość, przez moje UBER AMBICJONALNE podejście do sprawy zaczęły być dla mnie obciążeniem. Nadal je lubiłem, ale po kilkugodzinnym „tuningowaniu” dawno już napisanego tekstu czułem się, jak po przerzuceniu łopatą tony węgla.

        Przez prawie rok zajmowałem się tworzeniem animacji typu explainer video. Dla nieozorientowanych – to rodzaj animacji, w którym często widać dłoń rysującą obrazki na kolejnych slajdach prezentacji. Choć efekt wygląda prosto, trzeba czasem się przy tym natrudzić. I tu, NIESTETY – po raz kolejny włączyła mi się moja UBER AMBICJA. Choć byłem odpowiedzialny za pierwszy etap animacji, czyli jej złożenie, a ewentualnymi poprawkami zajmować się miał ktoś inny, WKRĘCIŁEM SOBIE AMBITNIE, że moje animacje będą tak dokładne, że nie będzie konieczności poprawiania. I faktycznie, przez chwilę się to udawało, ale potem było tylko gorzej. Dopieszczanie każdej animacji i układanie jej elementów co do milimetra. Planowanie układu elementów zajmowało mi sporo czasu. ZALEŻAŁO MI, żeby zrobić to jak najlepiej i ciekawie dla odbiorcy, ale czas przeciekał mi przez palce. Pracę często kończyłem późną nocą. Nie mogłem patrzeć na laptopa, bo kojarzył mi się nie tyle z pracą, ile z precyzyjną dłubaniną, której nie muszę robić, ale nie umiem tego wyrzucić z mojej głowy. Nawet pocztę wolałem sprawdzać na telefonie, żeby nie korzystać z „narzędzia katuszy” częściej i dłużej niż to konieczne. Przestałem być efektywny i czułem się wypalony. Nadal tak się czuję. Ambicja to fajna rzecz, ale kiedy włączy się Wam tryb UBER AMBITNY i zacznie Was cisnąć w czynnościach dnia codziennego – wiedzcie, że coś się dzieje i nie zostawiajcie tego bez reakcji.

        Dopiero kilka miesięcy temu zyskałem świadomość wielu rzeczy i zrozumiałem mechanizmy działania, jakie we mnie funkcjonowały. Nie ukrywam, że nie jest to miłe zderzenie z rzeczywistością. Nagle przypominam sobie konkretną sytuację i wiedziałem, co było w niej nie tak. Że to, jak się zachowałem/myślałem, było bez sensu. Nerwy, złość, zbędny czas spędzony przed komputerem. Błędne koło. Wszystko to, co było moją domeną, MUSIAŁO BYĆ przecież NAJLEPSZE, NAJSMACZNIEJSZE I W OGÓLE NAJ…  Dobijałem się tym na własne życzenie. Innym to, co robiłem, podobało się takie, jakie było. Tylko MNIE WCIĄŻ COŚ NIE PASOWAŁO. Nie było tak dobre, jak chciałem.

        Jakiś czas temu słuchałem podcastu na YouTube. Była to rozmowa Artura Rawicza z Nergalem (dla portalu CGM.pl). W odpowiedzi na jedno z pytań Nergal poruszył temat „filozofii wystarczającej”. Zaciekawiło mnie to, więc wsłuchałem się uważniej. Okazało się, że „filozofia wystarczająca” to podejście do wielu rzeczy i spraw na zasadzie:

Może to danie nie smakuje idealnie tak, jak bym tego chciał,  ale jest WYSTARCZAJĄCO DOBRE (czyli mimo wszystko smaczne), by podać je bliskim.

Być może ten tekst nie jest ultradoskonały i może mógłby być lepszy, ale przecież nie jest nominowany do literackiej nagrody Nobla. Poza tym taki, jaki jest, jest WYSTARCZAJĄCO DOBRY, by pokazać go ludziom.

        Wystarczająco dobry nie oznacza w tym przypadku wcale czegoś o niższej jakości. W kontekście paraliżującego podejścia UBERAMBITNEGO taka zmiana myślenia daje ogromny komfort. Przecież nikt, kto czyta tekst czy je danie, nie wie, co sobie myślałem w trakcie przygotowań i że pierwotnie miałem inny plan. Nikt mnie za to nie zabije, bo tekst jest merytoryczny i wolny od obciachu, a potrawa smakuje inaczej, ale nadal bardzo dobrze.

Długo mi zajęło zrozumienie, o co w tym wszystkim chodzi. Teraz wiem, że nasz mózg może być skarbem albo przekleństwem. A będzie działać tak, jak mu pozwolimy.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Visit Us On FacebookVisit Us On InstagramVisit Us On Twitter